• Powszechna Encyklopedia Filozofii
  • Lubelska Szkoła Filozoficzna
  • Katedra Metafizyki KUL
  • Encyklopedia Filozofii Polskiej
  • Strona O. Krąpca

Na skróty:


Formularz kontaktowy

Twój adres email:

Treść:



Stefan Sawicki - Komentarze do Wielkiej odmowy

Ponieważ nie skorzystałem z możliwości wypowiedzi w książce p. Dariusza Rosiaka, chciałbym, aby dziś głos mój mógł być nieco dłuższy. Potrzebny jest bowiem do kilku poruszonych w niej spraw (dotyczących Uniwersytetu i jego rektora o. Mieczysława Krąpca) komentarz, pozwalający ukazać sytuację, w jakiej działał KUL w czasach PRL-u.
1. W Wielkiej odmowie znajdujemy, podaną bez jakiejkolwiek dokumentacji, wybitą na 4. stronie okładki, ukazującą Uniwersytet w złej perspektywie, informację, że KUL wznowił działalność w sierpniu 1944r. wbrew Episkopatowi, a z inspiracji władz sowieckich. Kontakt z Episkopatem był jednak wówczas niemożliwy (front na Wiśle), a do Lublina nie wrócił jeszcze z internowania ordynariusz Lubelski ks. bp Leon Fulman. KUL powstał po wojnie, jakby na nowo, dzięki odważnej inicjatywie ks. prof. Antoniego Słomkowskiego, jednego z "szaleńców bożych" (kto znał ks. Słomkowskiego, nie będzie się dziwił temu określeniu). Naturalnie, konieczna była zgoda Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego, ale początkowo, przynajmniej oficjalnie, nie walczono jeszcze z Kościołem. Według zgodnej opinii świadków tego wydarzenia, gdyby ks. Słomkowski trochę tylko zwlekał, otwarcie KUL-u byłoby niemożliwe.
2. Jeden z rozmówców – przy braku wątpliwości ze strony autora książki – twierdzi, że "Krąpiec w 1970 roku był [...] kandydatem SB na rektora". Wybory wszystkich rektorów KUL-u (poza ks. Słomkowskim) były podobne do trybu mianowania biskupów w czasach PRL-u. Strona kościelna typowała trzech kandydatów i przed wysłaniem wniosku do Watykanu, sondowała, którzy z nich mogą uzyskać zgodę władz państwowych. W tym sensie niezależność Episkopatu była ograniczona, ale biskupem nie mógł zostać ktoś, kogo Episkopat nie akceptował. Podobnie, mutatis mutandis, było z wyborami rektorów KUL-u. Kandydatów, do których miał zaufanie Senat i Episkopat (a konkretnie ks. Prymas) było kilku, ale można było liczyć na zatwierdzenie wyboru tylko jednego z tych, wobec których nie wyrażały sprzeciwu władze partyjno-państwowe. Tryb wyboru o. Krąpca nie był wyjątkowy, raczej rutynowy. I powtarzał się pięciokrotnie, bo o. Krąpiec dopełnił niedokończoną kadencję (1970/71) ks. prof. Wincentego Granata. Gdy w roku 1980, po trzech wspólnych kadencjach złożyliśmy oficjalnie ks. Prymasowi rezygnację, on jej nie przyjął. "Nie zmienia się koni przy przeprawie przez rzekę" – powiedział.
3. Z książki wynika, że w roku 1973 o. Krąpiec sprzyjał, jako rektor, zarządzonemu przez władze państwowe przekształceniu Zrzeszenia Studentów Polskich w Socjalistyczny Związek Studentów Polskich. Akcent w narracji położono przy tym na czas przed decyzją rektora: były dyskusje, ostre spory, interwencja studentów przeciw SZSP u ks. Prymasa. Chciałbym do tego dołączyć informację o sytuacji bezpośrednio poprzedzającej decyzję. Przed rozpoczęciem jednego z posiedzeń Senatu o. Krąpiec poprosił senatorów o ich opinię w sprawie SZSP. Najpierw prof. Zdzisław Papierkowski zreferował rozmowę z Wielkim Kanclerzem KUL-u bpem Piotrem Kałwą. Ks. Biskup wyraźnie wolałby, aby SZSP na Uczelni nie działał, ale uważał, że na KUL-u to początkowe socjalistyczne "S" i tak nie miałoby realnego znaczenia. Pozostawił decyzję Senatowi. Odbyła się dyskusja, w której najgoręcej przeciw SZSP przemawiał ówczesny dziekan Wydziału Prawa Kanonicznego ks. prof. Józef Rybczyk. Jego też zdanie potwierdziło głosowanie. Ks. Rektor w dyskusji nie brał udziału, ani słowem nie wspomniał o jakiejkolwiek sugestii ks. Prymasa. Po zasięgnięciu opinii Senatu, oficjalnie ogłosił, że nie wyraża zgody na istnienie i działanie w KUL-u SZSP. On tylko statutowo tę decyzję mógł podjąć i on za nią odpowiadał wobec władz państwowych, które naciskały, aby i na katolickim uniwersytecie powstał SZSP. Była to zatem ostateczna, urzędowa decyzja: rektora i Uniwersytetu, i to jest przede wszystkim ważne dla jego historii.
Przy okazji – o innej, jeszcze trudniejszej decyzji rektora Krąpca dotyczącej studentów. 9 lat później, w maju 1982 r., po demonstracjach studenckich, gdy wojewoda lubelski zwrócił się do najwyższych władz państwowych z wnioskiem o zamknięcie KUL-u, do Lublina przyjechał dyrektor Urzędu do Spraw Wyznań, żądając usunięcia z Uczelni dwudziestukilku aresztowanych studentów i grożąc, w wypadku odmowy, poważnymi represjami. O. Krąpiec odpowiedział jednak zdecydowanym: nie. Było to wówczas – o ile wiem – jedyne "nie", inni rektorzy nie opierali się żądaniom władz, inspirowanym przez UB.
4. Sprawę wniosku o państwową profesurę dla kard. Karola Wojtyły, którego rzekomo nie popierał o. Krąpiec, dobrze wyjaśnił w książce ks. rektor Andrzej Szostek. Chciałbym tylko dodać, że uchwaleniem przez Senat, za zgodą ks. kardynała, statutowej profesury honorowej, wiele się zyskiwało, a nic nie traciło. Zyskiwało się przede wszystkim na czasie. Na zatwierdzenie profesury państwowej, jeśli by ono w ogóle nastąpiło (ks. kardynał nie był wówczas dobrze widziany przez władze) można by czekać kilka lat. A Uniwersytet potrzebował profesora do przeprowadzania przewodów doktorskich i habilitacyjnych z zakresu etyki. Profesura honorowa miała, to prawda, charakter wewnątrzuniwersytecki. Ale, nie wszyscy o tym wiedzą, również profesury państwowe dla pracowników KUL-u posiadały wówczas ten sam charakter: ważne były tylko w KUL-u. Z czasem dopiero inne uniwersytety przełamywały solidarnie, choć bezprawnie, to ograniczenie, powołując profesorów KUL-u do udziału w procesach habilitacyjnych. Powtarzam więc: dużo się zyskiwało, a nic się nie traciło.
5. Przez publikowane materiały Wielka odmowa mówi o kontaktach o. Krąpca z władzami partyjno-państwowymi. Otóż wszyscy rektorzy KUL-u musieli mieć w czasach PRL-u te kontakty, gdyż Uniwersytet, mimo posiadania przedwojennego statutu, był zobowiązany do stosowania ówczesnego prawa i podlegał, jak inne uczelnie, urzędom państwowym. Rektorzy musieli prowadzić rozmowy z władzami, jeśli Uniwersytet nie miał biernie poddać się niszczeniu go w sposób systematyczny. Kontakty te były zresztą różne, zależały od sytuacji politycznej, relacji między Kościołem i Państwem, a także od osobowości rektorów. W najlepszej sytuacji był ks. rektor Marian Rechowicz, gdyż za jego czasu (1956–1964) sprawy KUL-u załatwiali z władzami posłowie koła "Znak" (prof. Makarczyk, poseł Łubieński). Wszystko zależało w państwie o charakterze totalitarnym (takim był PRL) od autorytarnej decyzji władz: istnienie wydziałów i instytutów, zatwierdzanie profesorów, limity studentów, zezwolenia na publikacje, zgoda na zagraniczne staże naukowe, przydziały materiałów budowlanych. Nominacje profesorskie wymagały często wielu lat starań, czasem do końca bezowocnych, jak w wypadku ks. prof. Józefa Majki. 1. tom Encyklopedii katolickiej na pozwolenie druku czekał lat kilkanaście. Dopiero wizyta ks. rektora Granata w Urzędzie do Spraw Wyznań przełamała impas. Z jakimi urzędami musiały rozmawiać władze KUL-u, przede wszystkim rektorzy? Sprawy oczywiste i mało ważne załatwiało Ministerstwo Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki. Ważniejsze – Urząd do Spraw Wyznań, najważniejsze i najtrudniejsze zależały od IV departamentu Ministerstwa Spraw Wewnętrzynych. Oba ostatnie urzędy podejmowały decyzje na podstawie informacji dostarczonych przez SB. Niektóre z tych decyzji przekazywało, ale tylko przekazywało, wspomniane Ministerstwo Nauki, Szkolnictwa Wyższego i Techniki. We wszystkich urzędach, również z ks. Prymasem, rozmawialiśmy najczęściej (nie zawsze) wspólnie z o. rektorem. Czasem o. rektor rozmawiał sam; i w urzędach, i z "kolegą", jak mówił. Tym kolegą był Andrzej Werblan, ale mógł być i ktoś inny. Nigdy jednak nie pojawiło się w naszych kontaktach nazwisko "Straszewski". Nie miałem wątpliwości, że chodziło o. rektorowi w tych rozmowach o poparcie dla ważnych spraw uniwersyteckich, a także o zorientowanie się, od strony władz, o sytuacji Państwo – Kościół, a więc i Państwo – KUL. Raz (było to w 2. połowie lat 70) o. rektor przywiózł z takiej rozmowy wiadomość, że istnieje projekt rządowy powiększenia warszawskiej Akademii Teologii Katolickiej kosztem KUL-u. Mimo okresu świątecznego pojechaliśmy 1. stycznia do Zakopanego, gdzie przebywał kard. Wojtyła, aby mu o tym zakomunikować i prosić, jako przewodniczącego Rady Naukowej Episkopatu, o interwencję u władz państwowych na najwyższym szczeblu.
6. Książka p. Dariusza Rosiaka poddaje w wątpliwość charakter kontaktów o. rektora Krąpca z władzami partyjno-państwowymi. Co do wiarygodności zawartych w niej informacji, zwłaszcza notatek dotyczących rozmów gen. Straszewskiego z o. Krąpcem, nie wystarczy, sądzę, śledztwo dziennikarskie, konieczna jest specjalistyczna analiza ekspercka. Dopóki brak przekonujących dowodów wykazujących ich autentyczność, debata na ich temat, zwłaszcza dotycząca strony treściowej, jest właściwie bezprzedmiotowa. Pozostają jedynie domysły i subiektywne oceny. Wszelkie wnioski muszą być oparte na interpretacji przestrzegającej reguł naukowych. W tym i podobnych przypadkach – dotykam tu już ogólniejszych problemów związanych z postępowaniem lustracyjnym – nie może mieć ona charakteru zewnętrznie historycznego. Powinna silnie uwzględniać aspekty psychologiczno-społeczne i – zwłaszcza – geopolityczne. Sytuację PRL-u trzeba określić jako pewien rodzaj narodowej niewoli. Jeśli istniały w niej instytucje, które ze swej istoty były sprzeciwem wobec panującego w państwie polityczno-ideowego systemu, czyli właśnie: "wielką odmową", to działały one z konieczności na pół jawnie, nie waham się powiedzieć – quasi-konspiracyjnie. Taką instytucją był w PRL-u KUL. Władze Uniwersytetu musiały się nieraz posługiwać w kontaktach ze społeczeństwem językiem ezopowym, a z władzami – kamuflażowym. Ponieważ osoby duchowne mogły być przyjmowane na studia poza limitem, na wykazach studentów 1. roku przesyłanych do Ministerstwa znajdowały się często osoby, które miały tylko życzeniowy związek z jakimś stowarzyszeniem zakonnym. Aby zatrudnić w KUL-u, z prawem wykładania, profesora zwolnionego ze względów politycznych z innego uniwersytetu, trzeba było tak przekonywać władze, aby widziały – wbrew rzeczywistości – jakiś w tym swój własny interes. Dyrektor Biblioteki Uniwersyteckiej KUL-u wraz z kilkoma zaufanymi pracownikami w sposób precyzyjny wprowadzał szlachetnie w błąd Urząd Celny oraz Urząd do Spraw Prasy, Publikacji i Widowisk przy odbiorze zagranicznych paczek z nielegalnymi drukami. Czasem rektorzy musieli coś (nawet publicznie) zanegować, jeśli chcieli to coś ocalić. Taka była swoista taktyka obrony, konieczna dla życia instytucji. Jeśli się w ogóle chce poważnie interpretować relacje między Kościołem a Państwem w PRL-u, nie można wychodzić tylko od niszczącej Kościół taktyki władz państwowych (zwłaszcza UB), jak się najczęściej czyni, ale uwzględniać – przede wszystkim – obronną taktykę Kościoła. Konkretne fakty warto oceniać, odpowiadając na pytanie, czy one zaszkodziły czy też pomogły Kościołowi, nie stosując przy tym abstrakcyjnych kryteriów oceny. Te same fakty mogą wówczas prowadzić do zupełnie innego ich rozumienia. Dały mi do myślenia słowa ks. Prymasa, gdy w czasie rozmowy o jednym z głównych działaczy TPKUL-u, podejrzanym o współpracę z UB, powiedział: "Trzeba być bardzo ostrożnym, gdyż może to być ubezpieczanie instytucji". Należy tę taktykę obronną dostrzegać także w rozmowach prowadzonych przez rektorów KUL-u z władzami. Również w rozmowach o. Krąpca. Osobiście sądzę, że główną motywacją wszystkich tego rodzaju rozmów, m.in. w czasie jego rektorstwa, było dobro KUL-u. O. rektor ten uniwersytet autentycznie kochał, naturalnie po swojemu, gwałtownie, powiedziałbym wręcz "cieleśnie". Myślę, że gotów był nawet na ofiarę dobrego imienia (w wypowiedzi było: na "ofiarę grzechu"), aby coś bardzo ważnego dla niego uzyskać, aby go uchronić, aby inni mogli być w nim wolni i czyści.
7. Wielka odmowa, rzecz sprawnie napisana, ma szansę w przestrzeni społecznej wpłynąć na osłabienie wizerunku KUL-u. Nie docierając do intencji autora, trzeba przecież stwierdzić, że musiał on mieć tego świadomość. Można jednak liczyć na zmysł historyczny i zdrowy rozsądek Polaków. Nic, sądzę, nie zdoła przesłonić faktu, że ten niewielki uniwersytet stał się w czasach PRL-u uczelnią znacząca dla całej Polski. Był ośrodkiem niezależnej myśli, nauki i uniwersyteckiej dydaktyki. Zgromadził unikalny zbiór literatury emigracyjnej i 2. obiegu. W nim znajdowali pracę usunięci z innych uczelni profesorowie, schronienie – nieprzyjmowani gdzie indziej i relegowani studenci. W jego kręgu powstawały ożywcze dla Kościoła ruchy religijne. Studenckie działania ideowo-patriotyczne (dotyczy to również grupy "Spotkań") były zawsze przez władze Uczelni w różny sposób osłaniane. Warto też przypomnieć, że to doktorat h.c. KUL-u dla Czesława Miłosza zakończył symbolicznie czasy żelaznej kurtyny w odniesieniu do polskiej kultury. I to wszystko działo się, mimo że Uniwersytet był ograniczany, represjonowany, inwigilowany, podsłuchiwany, wewnętrznie podstępnie osłabiany, nękany wreszcie materialnie represyjnymi podatkami (zaległości przekraczały wartość całego Uniwersytetu), które w każdej chwili mogły być prawną podstawą jego likwidacji. A jednak Uczelnia żyła i nawet rosła w skali wartości. Również, a może zwłaszcza, w czasie rektorowania o. Krąpca. KUL miał w czasach PRL-u wybitnych rektorów. Ks. Antoni Słomkowski imponował energią, ks. Józef Iwanicki – roztropnością, ks. Marian Rechowicz – inteligencją, ks. Wincenty Granat – świętością, o. Mieczysław Krąpiec – szerokością myślowych horyzontów. Wszyscy oni, jak i polskie społeczeństwo, które, wraz z Emigracją, w całości utrzymywało KUL, widzieli w katolickim uniwersytecie działającym w komunistycznym państwie – wartość, którą trzeba chronić dla dobra narodowej kultury. Niektórzy z nich, podobnie zresztą jak i Episkopat, w razie konieczności, godzili się na pewne ustępstwa, nieduże zresztą. Ale bilans był, sądzę, zawsze wyraźnie pozytywny.


« powrót

Copyright © 2016 ptta.pl :: Wykonanie: Tomasz Żmuda