• Powszechna Encyklopedia Filozofii
  • Lubelska Szkoła Filozoficzna
  • Katedra Metafizyki KUL
  • Encyklopedia Filozofii Polskiej
  • Strona O. Krąpca

Na skróty:


Formularz kontaktowy

Twój adres email:

Treść:



Mieczysław A. Krąpiec

Czy wychowywać?

Wykształcenie i wychowanie człowieka zaczyna się już w rodzinie - tej normalnej - i pogłębia się w szkole, a nie ustaje aż do samej śmierci. Bo przecież nie rodzimy się jak owady, od razu przystosowane do życia trwającego tylko jeden sezon, ale musimy się ciągle doskonalić i przygotowywać do życia wiecznego. Wobec tego sprawą pierwszą w naszym wychowaniu i samowychowaniu jest danie sobie odpowiedzi na pytanie kim właściwie jestem, aby wiedzieć jak działać, jak żyć.

Wielkie religie świata usiłują dać odpowiedź na to, kim jest człowiek. Jedynie religia objawiona ukazuje człowieka jako szczególne dzieło Boże, jako jedyne i niepowtarzalne zrealizowanie się odwiecznej myśli Boga, który w swym akcie miłości stwarza każdą ludzką duszę, stwarza również mnie. Dusza obdarzona bezpośrednio przez Boga istnieniem udziela swego istnienia materii organizowanej do bycia ludzkim ciałem. Każdy więc człowiek jest wewnętrznym zespoleniem, syntezą ducha i materii. Musi więc każdy z nas przysposabiać całego siebie, a więc i materię swojego ciała, aby lepiej wyrażać swego ducha. Musimy się rozwijać, aby dochodzić do możliwej pełni własnego człowieczeństwa, które nam Bóg przeznaczył wraz z naszym istnieniem.

A zatem człowiek jest na wzór Boga - osobą, ale osobą podległą ciągłemu rozwojowi. A rozwój ten jedynie może się dokonać przy pomocy osób drugich, a więc rodziny, szkoły, różnych form życia społecznego. Nie jesteśmy bowiem od razu doskonali, od razu wolni, od razu rozumni, ale wszystko to musimy zdobywać w ciągłym wysiłku intelektualnym, moralnym, a nawet wysiłku biologicznym, poprzez racjonalny ruch, gimnastykę i sport.

To, kim jestem, muszę sobie poprzez rodzinę i szkołę przyswoić i uświadomić. Wówczas zdam sobie sprawę, że nie jestem sam, że przede mną istnieli ludzie, którzy tworzyli kulturę i tej kultury jestem dziedzicem. Dziedzictwo to jest zakotwiczone w Biblii, w łacińskim prawie rzymskim, stojącym na gruncie dobra i rozumu, w starogreckiej kulturze humanistycznej - ukierunkowanej na człowieka. Widzimy dobrze, że przez wiele lat odcinano nas od naszych korzeni kulturowych. Miała nam wystarczyć znajomość partyjnej ideologii, trochę nauk przyrodniczych i matematyka. Całe dziedzictwo europejskiej kultury oraz kultury polskiej było w szkołach pomijane. W takiej perspektywie człowiek miał się stać tylko sprawnym narzędziem, jakby kółkiem w maszynie społecznej, aby wiedział, jak ma się w tak wytworzonym gromadnym społeczeństwie zachować, by społeczna maszyneria działała bez oporu. Oczywiście, w takich warunkach życia człowiek nie mógł być sobą, bo nawet miał nie wiedzieć, jakie są jego korzenie i co dziedziczy jako Europejczyk i Polak.

Taki stan rzeczy bardzo zubożył nas jako społeczeństwo i naród, albowiem zostaliśmy potraktowani jako ludzkie numery, które mają wykonać narzuconą sobie robotę. A po robocie przewidziano dla nas zafałszowaną rozrywkę w postaci filmów z seksem i agresją, aby zabić i zmarnować czas. Rozwój wewnętrzny człowieka był systematycznie pomijany. Bo nie można rozwijać się jako człowiek bez zakorzenienia ostatecznego w Bogu, bez głębszego poznania siebie i świata, bez poznania zastanej kultury, która jest dziedzictwem szeregu pokoleń.

Gdy to wszystko dzisiaj widzimy i doświadczamy upadku kultury w społeczeństwie, gdy dostrzegamy strach starszych wobec gangów dziecięcych, to trzeba się temu zdecydowanie przeciwstawić: odrodzić funkcję wychowawczą szkoły, połączyć jej działalność z konkretnymi wymaganiami rodziny. Obok przekazywania koniecznej wiedzy należy wychowywać, czyli nie jedynie strofować dzieci, ale dawać nieustanny osobisty przykład, w pracy, w używaniu kulturalnego języka, w odnoszeniu się do osób drugich. Przekazywanie wiedzy i realizowanie dobra czyli dawanie przykładu pozwoli podnosić się powoli ze szkodliwych, zakłamanych, prowadzących do samozniszczenia instytucji, jakie nam zgotowali w latach pohańbienia narodu ci wszyscy, którzy chcieli nas użyć dla swoich ideologicznych celów. Przecież takie społeczne instytucje jak oświata, jak prasa, jak radiowe programy religijne, jak nawet formy odpoczynku nie zostały utworzone bezcelowo. One miały na celu wykorzystanie człowieka, posłużenie się nim dla korzyści tych, którzy mieli możność decydowania czy to w porządku gospodarczym, czy porządku politycznym, czy porządku życia społecznego. Poszczególny człowiek miał się stać automatem wiedzącym, jak ma spełniać polecenia idące z góry. Dlatego musiał umieć czytać i niewiele z tego wszystkiego rozumieć, jedynie pojąć, że siła leży w grupie nacisku.

Zatem wychowanie i kształcenie w szkołach musi dzisiaj doprowadzić do tego, by człowiek wiedział, kim jest, jakie jest jego pochodzenie, jakie jest jego przeznaczenie, jakim dziedzictwem kultury europejskiej i polskiej ma żyć na co dzień, jak współżyć z drugimi, a zwłaszcza ze starszymi. Szkoły muszą być przyporządkowane takiemu kształceniu, które wychowuje rozumnie ludzką osobę, żyjącą w społeczeństwie rodzinnym, narodowym, by mogła się stać osobą oczekującą spełnienia ostatecznego w życiu wiecznym, które jest wpisane w każdego z nas.

Wychowywać do dobra - celu ostatecznego

Wychowanie i wykształcenie oraz samowychowanie człowieka objawia się w jego codziennym działaniu, które nieomylnie obnaża człowieka i ukazuje jego duchowe oblicze. Działania te są rozliczne, od wegetatywnych takich jak jedzenie, picie począwszy poprzez systemy działań sensytywno-zmysłowych takich jak widzenie, oglądanie, słuchanie, wąchanie, smakowanie, wyobrażanie, zapamiętywanie, przypominanie, a kończąc na działaniu specyficznie ludzkim jak mówienie, rozumienie, kochanie, nienawidzenie, śmiech i płacz. Te różnorodne systemy działań organizują się w różnych ludzkich przedsięwzięciach, jak wybór odpowiedniej szkoły, wybór zawodu, wejście w związki małżeńskie, budowanie domu, udawanie się na wypoczynek itd. Całe nasze życie jest przepełnione ludzkimi działaniami, a każde narodziło się z chęci zrealizowania jakiegoś celu, jakiegoś dobra, które człowiek chce osiągnąć jako swoje osobiste dobro. Cel zatem staje się motywem działania; nie byłoby działania ludzkiego, jeśliby nie było wpierw motywu, dla którego działanie raczej zaistniało niż nie zaistniało. To właśnie cel jako świadomie wybrany motyw ludzkiego, rozumnego działania odróżnia działanie człowieka od wszelkich działań zwierzęcych. Cel nadaje ludzkiemu działaniu godność rozumności i wolności. Albowiem nie musimy wybierać jakiegoś dobra jako celu i motywu działania, bo możemy nie działać. Ale skoro chcemy dobrowolnie działać, to musimy nasze działanie dostosować do celu - dobra, które jakoś rozumiemy i dobrowolnie wybieramy i przez to rozpoczynamy nasze ludzkie działania i prace.

Bez celu nie ma ludzkich działań. Mało jednak zastanawiamy się nad celem całego ludzkiego życia. Przecież nasze ludzkie życie jest wielkim swoistym zbiorem działań, które stanowią jedno wielkie działanie człowieka od początku aż po zgon. Wszelkie nasze czynności i prace wypełniają nasze życie. A całe to życie, czy jest i ma być bez celu? Czy mamy tylko realizować doraźne cele ze sobą nie powiązane? Przecież cel jest dlatego celem i motywem działania, że jest naszym dobrem. Dlatego działamy, aby osiągnąć dobro i w każdym konkretnym celu jest zawarte ludzkie dobro. Dlatego kształcimy się, bo w tym jest nasze dobro, dlatego wybieramy zawód i pracę, bo to jest dla nas dobrem. A co wobec tego z całym naszym życiem? Czy ono jest bez celu, czy ono nie jest także działaniem dla jakiegoś dobra, które potrafi nadać sens najgłębszy wszelkim naszym działaniom partykularnym. Co może być takim właśnie jednym dobrem dla jednego, ludzkiego życia od narodzenia aż po śmierć? Przecież wszystkie osiągane w życiu cele i dobra okazują się dobrami przemijającymi, niepełnymi, które częściowo jedynie nas zaspokajają, a jednak głód dobra pozostaje coraz większy. Rzeczywiście, w naszą duszę jest wtopione pragnienie dobra jako pragnienie szczęścia. Stąd całe życie szukamy tego szczęścia, które ma nas uszczęśliwić. Bez tego wyraźnego pragnienia szczęścia - dobra człowiek przestaje działać, popada w stan chorobliwej depresji. Albowiem być człowiekiem, to ciągle pragnąć dobra, którego brak w sobie widzimy i poprzez osiągnięcie dobra chcemy się upełnić. A jednak osiągnięte dobra nas nie zadowalają ostatecznie. Czy mamy być w naszej naturze stworzeniem niespełnionym, stworzeniem, które chce z natury dobra i szukając poprzez działania dobra, szuka je daremnie?

I to jest właśnie istotny problem życia człowieczego, że szukanie i realizowanie dobra w różnych formach ludzkiego działania jest jego życiem moralnym przyporządkowanym spełnianiu się w wieczności. Wtedy żyjemy po ludzku, moralnie, gdy w sposób wolny i rozumny wybieramy sobie cele - dobra rzeczywiste. A rzeczywiste dobra (a nie pozorne) są z natury swej nastawione na cel ostateczny, na dobro najwyższe, na dobro samo w sobie, czyli na Boga. To On, Bóg pociąga nas ku sobie poprzez rozsiane w świecie dobra, których nam brakuje, i poprzez te dobra ostatecznie ukazuje nam, że rzeczywistym, pełnym, ostatecznym dobrem jest On sam. Dojście do Niego dokonuje się poprzez normalny wybór celu - dobra jako motywu rozumnego i dobrowolnie wybranego działania. Głód dobra, poszukiwanie celu i dobra poprzez nasze działanie jest w rzeczy samej pragnieniem i realnym poszukiwaniem Boga. Poszukiwanie to ma się spełnić wtedy, gdy dojdziemy do kresu, gdy w momencie naszego przejścia po biologicznym ustaniu czynności organicznych ujrzymy Boga jako to Dobro, do którego różnymi drogami dążyliśmy przez całe życie. Wtedy On - Bóg przez nas wybrany - stanie się ostateczną odpowiedzią na wszelkie poznawcze problemy, ostatecznym ukojeniem woli w miłosnym z Nim zjednoczeniu. Stanie się początkiem takiego życia, ku któremu nieustannie przygotowujemy się w naszych moralnych decyzjach codziennego życia. W perspektywie takiego celu warto żyć teraz - w doli i niedoli - bo ostateczny cel (spełnienie się nas w Bogu) wszystko przewyższa.

Wychowywanie dla miłości

Proces naszego wychowania i samowychowania nie dokonuje się w próżni lecz zawsze w kontekście drugiego człowieka - bliźniego, żyjącego w gronie rodziny, szkoły, społeczności gminnych, narodowych, kościelnych, a więc - społeczeństwa zorganizowanego wedle praw jakiejś cywilizacji. Cywilizacja może służyć człowiekowi dla jego rozwoju osobowego, albo też ku jego duchowej i cielesnej śmierci. Stąd kolejni papieże przypominają nam o konieczności stworzenia cywilizacji życia, by człowiek mógł się rozwinąć i dojrzeć do wieczności. Tworzona przez nas "cywilizacja życia" stawia na pierwszym miejscu ludzką osobę przed wszystkimi rzeczami. Zresztą wszystko na świecie poza człowiekiem, będącym osobą nieśmiertelną, jest tylko jakąś rzeczą. Nawet rzeczami są wszelkie twory kultury, łącznie z naszą myślą i jej produktami. Tylko człowiek, jako byt osobowy, jest przyporządkowany życiu wiecznemu, stąd jego pierwszeństwo przed wszystkim, co jest rzeczą. A ponieważ człowiek poprzez swe postępowanie, poprzez życie moralne dojrzewa do wieczności, stąd trzeba uznać pierwszeństwo moralności - etyki przed techniką czy to artystyczną, czy techniką naukową. Moralność ma przenikać całą ludzką kulturę, a więc i naukę, i twórczość artystyczno-techniczną, i nawet religię, albowiem tylko życie moralne jest sprawdzianem tego, czy jesteśmy prawdziwie ludźmi.

Trzecim przymiotem cywilizacji życia jest pierwszeństwo miłości realnie ludzkiej, zwanej pospolicie miłosierdziem nad sprawiedliwością. Niekiedy trudno to pojąć, albowiem sprawiedliwość jest czymś wzniosłym, jest cnotą, która gwarantuje pokój między ludźmi. I rzeczywiście sprawiedliwość nakłaniająca nas, by "każdemu oddać to, co mu się należy", zawsze uchodziła i uchodzi za podstawę społecznego ładu. W Biblii człowiek sprawiedliwy - to człowiek święty, człowiek, który chodzi przed obliczem Boga. Stąd też sprawiedliwość wiąże także człowieka z Bogiem, bo człowiek jest posłuszny Bożemu prawu i wypełniając to prawo - niejako oddaje Bogu to, co mu się należy. Z czasem pojawiły się skrajne poglądy legalistyczne w postaci sprowadzania religii do zewnętrznego wypełniania prawa, co zostało przez Chrystusa Pana potępione jako zboczenie religijne. Niemniej sama sprawiedliwość jako liczenie się z osobą drugą i oddanie tego, co jej się należy, tworzy społeczny ład i pokój. Podkreślali to także myśliciele starożytnego antyku, wielcy filozofowie greccy Arystoteles i Platon, którzy widzieli w sprawiedliwości fundament ładu i pokoju.

Jednak nad sprawiedliwością, które reguluje czysto rzeczowo międzyludzkie relacje i współżycie, jest jeszcze coś większego, a jest nią realna ludzka miłość dla bliźniego. Taka miłość, która liczy się też ze słabością osoby drugiej; słabością, która może nawet zniszczyć wszelką więź ludzką. A przecież każdy z nas nosi w sobie tę słabość, która powoduje tak upadek w poznaniu (błędy) jak i w postępowaniu poddanym nieopanowanym uczuciom pożądania, strachu, czy gniewu. Tak więc każdy z nas jest naznaczony wewnętrzną słabością, która może doprowadzić nawet do tragedii osobistej i zbiorowej. Człowiek bowiem w swej naturze osobowej jest jakby rozdarty i pęknięty, jest to stałe źródło niepokoju i zła wśród ludzi. Dotyczy to każdego człowieka, bo każdy z nas jest poddany zarzewiu zła i grzechu, poprzez pierworodny grzech ludzkiej natury. Stąd św. Paweł wzywa, aby czuwać i "kto stoi, niech baczy, aby nie upadł". Piętno słabości, skłonność do złego postępowania jest smutnym dziedzictwem człowieka. Najbardziej to widać w życiu w społeczności ludzkiej. Jeśli pojedynczy człowiek czyni zło, to oczywiście za zło musi ponieść sprawiedliwą karę, albowiem kara za popełnione zło uszlachetnia człowieka. Ale zarazem ten sam człowiek dlatego, że jest osobą przyporządkowaną życiu na wieczność, jest godzien miłości. Miłość do człowieka obarczonego słabością jest miłością, która pochyla się nad ludzką niedolą i nosi znamię miłosierdzia. To przecież w stosunku do ludzi, słabych, grzesznych sam Bóg jest miłością miłosierną, albowiem kocha swe stworzenie także w jego słabości i od wewnątrz umacnia je swą obecnością. I to jest nam dane do naśladowania, albowiem obowiązuje nas miłość do ludzkiej osoby słabej, obarczonej złem grzechu, aby jej naszą miłością pomóc się podźwignąć, czyli pomóc być człowiekiem. Stąd w cywilizacji życia i miłości jawi się pierwszeństwo miłości prawdziwie ludzkiej, miłosiernej nad sprawiedliwością. Sprawiedliwość musi przybrać postać miłości w relacjach międzyludzkich. Tylko taki stan powoduje zaistnienie rodzinnych międzyludzkich relacji. Zimna sprawiedliwość może zamrozić i nawet urzeczowić ludzkie współżycie - stąd konieczne jest, by sprawiedliwość między ludźmi przybrała postać miłości pochylającej się nad ludzką słabością i niedolą. Taka bowiem postawa pomaga bliźniemu poczuć się człowiekiem, a nam bardziej się uszlachetnić w osobowym człowieczeństwie, naśladując miłosierdzie samego Boga. I to jest najgłębszą treścią modlitwy: "odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom". To jest nasze narodowe wołanie od chwili przyjęcia chrztu w 966 roku. I tylko miłość tak rozumiana, miłość niosąca ciepło współczucia może doprowadzić do sprawiedliwego pokoju między narodami.

Przyrodzony porządek cnót

Jeśli całe nasze życie ludzkie - zarazem życie moralne - bo od moralności nie ma ucieczki, sprowadza się do tego, by czynić dobro, normalnie, na różne ludzkie sposoby, to niewątpliwie jest wiele tych sposobów realizowania dobra. Długie wieki namysłu nad postępowaniem człowieka pozwoliły dostrzec i usystematyzować różnorodne sposoby spełniania ludzkiego dobra w moralnych czynach. Dobro bowiem pojawia się w różnych poziomach ludzkiego działania, i to w zależności od różnych bezpośrednich źródeł naszych ludzkich, osobowych czynności. A te bezpośrednie źródła ludzkich czynów nazwano ludzkimi "władzami", jakimi są nasz rozum, nasza wola i źródła naszych uczuć, które mogą pomóc albo przeszkodzić w spełnianiu dobra. Oczywiście siłą kierującą jest zawsze nasz rozum; wszak człowiek jest stworzeniem rozumnym, przyporządkowanym do rozumnego działania, czyli wprowadzenia rozumnie widzianego dobra we wszystkie nasze uczynki. Wola zaś bezpośrednio związana z rozumem jest wolna i działa; jeśli chce, może nawet rozumowi nakazać zaprzestać myślenia. Wola, stanowiąca podstawową siłę motoryczną, praktycznie przeprowadza wszystkie nasze działania. Stąd prawdziwie ludzkie działanie jest zawsze działaniem świadomym czyli rozumnym, gdyż wypływającym z rozumu i jego światła i zarazem dobrowolnym, bo realizowanym naszą wolą. Uczucia dają większą siłę napędową naszym czynnościom. One mogą zwalczać zagrażające zło, one pomagają w intensywniejszym chceniu dobra, zwłaszcza zaś dobra przyjemnego, związanego z ludzkim życiem biologicznym. Ale trzeba pamiętać, że to działa człowiek poprzez wszystkie swe władze, bo to człowiek używa rozumu, to człowiek podlega uczuciom, kieruje się nimi lub je poddaje panowaniu rozumu. Ludzkie działanie osobowe jest zawsze pochodne od rozumu, jest dobrowolne, a przez to i odpowiedzialne, gdyż to człowiek wykonuje swe osobowe (świadome i dobrowolne działanie) poprzez system swych ludzkich władz.

W całym naszym ludzkim, osobowym, a przez to samo moralnym działaniu chodzi jedynie o to, by było ono dobre. A wiemy, że normalnie nie jest łatwo działać dobrze i spełniać dobro w jakimkolwiek działaniu, bo dobre działanie trzeba odpowiednio przygotować i przećwiczyć. Bez ćwiczenia człowiekowi nic od razu dobrze nie wychodzi. A ćwiczenie się w dobrym działaniu jest jego usprawnieniem, bo tylko przez powtarzanie, przez ćwiczenie nabywamy sprawności działania, którą nazywamy cnotą, gdyż ona umożliwia działanie z mocą, a nie chwiejne, działanie od razu i z przyjemnością (firmiter, prompte, delectabiliter). Cnota doskonali działanie, czyni je łatwym i daje zadowolenie. Dobre działanie stanowi dobrego człowieka. Trzeba więc usprawnić nasze różne działania, a więc rozum i wolę oraz poddać ich kierownictwu uczucia. I tak usprawnienie naszego rozumu, który kieruje ludzkimi działaniami, jest roztropnością, stanowiącą życiową mądrość. W celu dobrego pokierowania działaniem rozum musi dobrze poznać to, co już było, co jest teraz i to, co może go spotkać w przyszłości w następstwie takiego działania. Ale nikt bez pamięci tego, co już było, nie rozezna się w tym, co czyni teraz i nie zaplanuje dobrze przyszłości. Hasło "wybierzmy przyszłość" jest puste albo nawet nierozumne, jeśli nie pamięta się przeszłości. Kierujący domem, państwem musi sięgać pamięcią do tego, co już było w przeszłości, by nie powtarzać raz popełnionych błędów, które kiedyś doprowadziły do tragedii. Pamięć przeszłości pozwoli lepiej rozeznać się w okolicznościach teraźniejszych i lepiej prognozować przyszłość. Roztropność w działaniu poddaje rozumowi wszystkie czynniki i strzeże przed pochopnością i nierozważnym działaniem, które wyrządza ogromne szkody w życiu prywatnym i publicznym.

Ważną sprawą jest wprowadzenie roztropności działania w stosunku do drugich ludzi, co nazywa się sprawiedliwością i prawością naszej woli, która to sprawiedliwość nakazuje dać drugiemu człowiekowi to, co mu się należy. Sprawiedliwość realizuje dobro wobec bliźniego i to takie dobro, które bliźniemu przysługuje. A rozum zawsze ukazuje człowiekowi to, co drugiemu przysługuje i co czynić należy - chyba, że człowiek celowo przez wyrządzanie zła znieprawia się w działaniu.

Szczególnie trudne są działania, gdy trzeba przeciwstawić się złu, gdy trzeba wytrzymać napór zła i to przez dłuższy czas. Obrona przed złem jest nazwana męstwem, które pomaga rozumnie zło zaatakować i jeszcze bardziej powstrzymać napór zła, by złu się nie poddać. Ileż trzeba męstwa nie tylko wobec wrogów, ale także nawet wobec bliskich, nieopanowanych osób!

Wreszcie dobro należy zachować w nawałnicy popędów naszej biologii w dziedzinie seksualnej i właściwego odżywiania się. Tu dobro ludzkiego działania jawi się w rozumnie użytych hamulcach, by nadal pozostać człowiekiem działającym roztropnie i umiarkowanie. Umiar w działaniu jest dobrem.

Roztropność, sprawiedliwość, męstwo i umiarkowanie jawią się jako cnoty naczelne, kardynalne pomagające działać po ludzku, rozumnie i dobrze, bo przez dobre działanie stajemy się sami ludźmi dobrymi.

Nadprzyrodzony porządek cnót

Nasze ludzkie postępowanie dnia codziennego stanowi pole moralności, które nie jest niczym innym jak spełnianiem dobra poprzez nasze akty decyzji. Wyjaśnieniem moralności jest etyka, która może być dla człowieka groźna, jeśli nie liczy się z ludzkim dobrem spełnianym w codziennych uczynkach. Ale etyka, wyjaśniająca rozmaite sposoby realizowania dobra, jest czymś cennym i przyczynia się zasadniczo do wzrostu kultury człowieka. Nasza polska kultura etyczna dziedziczy chrześcijańską kulturę etyczną będącą twórczą syntezą myśli starożytnej Grecji i Rzymu oraz mądrości biblijnej Starego i Nowego Testamentu. Tak rozumiana etyka chrześcijańska ukazuje nam i wyjaśnia ludzkie dobro uczynków poprzez odwołanie się do naszej ludzkiej natury. Albowiem człowiek jest tak ustrukturalizowany, że nie może inaczej działać jak tylko przez rozum, wolę i swe uczucia podporządkowane rozumowi, a z drugiej strony wszystkie te ludzkie działania wykraczają i górują nad przyrodą i całym społeczeństwem sięgając samego Boga, ku któremu ostatecznie się kierują. Dlatego w naszym działaniu dobra (czyli w całym naszym moralnym postępowaniu) potrzeba nam zasadniczo usprawnić nasz rozum przez roztropność oświecającą w sposób uporządkowany teren naszych decyzyjnych czynności, potrzeba nam usprawnić wolę przez sprawiedliwość, by - żyjąc w rodzinie i różnych typach społeczności ludzkiej - każdemu człowiekowi oddać to, co mu się należy, gdyż bez tego sprawiedliwego odniesienia powstają niesnaski i zło wzajemnego zwalczania się. Potrzebne jest usprawnienie, czyli cnota męstwa dla naszych uczuć popędliwych, by rozumnie przeciwstawić się złu i wytrzymać w obronie dobra napór gromadzących się sił zła. Wreszcie jest potrzebne umiarkowanie, które usprawnia poddając kierownictwu naszego rozumu wszelkie popędy skierowane dla zachowania życia, a więc popędy związane z jedzeniem i piciem oraz naszym życiem płciowym, by je poddać prawom rozumnych decyzji. Te właśnie cztery cnoty kardynalne, jakby cztery zawiasy dla drzwi moralnego postępowania, przekazali nam mędrcy starożytnej Grecji i Rzymu.

Natomiast Biblia ukazała nam, że nasze ludzkie działania moralne wykraczają poza naturalny świat przyrody i dotyczą ostatecznie Boga, którego wprawdzie nie widzimy, ale wierzymy w Niego, jako w źródło wszelkiego życia, zwłaszcza życia ludzkiego. Bóg jest źródłem wszelkiego rozumu, organizacji przyrody i nas samych. Całe swoje życie kierujemy do Boga, który będąc Źródłem, Wzorem, Celem czyli prawdą, dobrem i pięknem, spełni w nadmiarze to, co sam wlał w naszą duszę. Stąd nadzieja nasza, że On dopełni tego, co w nas rozpoczął i ostatecznie zwiąże nas ze sobą w odwiecznej miłości. Wiara, nadzieja i miłość tak mocno wyakcentowana i przekazana nam w Nowym Testamencie, w pismach św. Pawła Apostoła i św. Jana Ewangelisty, w Starym Testamencie jawiła się jako prawda głoszona przez proroków o "chodzeniu w obliczu Boga". Prorocy ukazywali człowiekowi właściwe, sprawiedliwe miejsce w jego wędrówce do Boga. Chodzenie w obliczu Boga wskazuje, że nic, prócz Boga ostatecznie nie zadowoli człowieka i nie spełni wszystkich tęsknot i oczekiwań. Stąd świadomość, że żyjemy w polu Bożego widzenia, że Bóg na nas nieustannie patrzy i nas widzi, nie może opuszczać człowieka. Owa świadomość Boga w każdym naszym ludzkim uczynku przybrała w nauczaniu Chrystusa Pana i jego Apostołów postać nauczania o wierze, nadziei i miłości, jako sposobie i charakterze życia dziecięcego. Chrystus mówił, "jeśli nie staniecie się jako dzieci, nie wejdziecie do Królestwa Bożego". Doktryna dziecięctwa duchowego człowieka, ostatnio tak mocno podkreślona przez najmłodszego Doktora Kościoła św. Teresę od Dzieciątka Jezus, przypomina o naszym pochodzeniu od Boga, podobnie jak dziecko pochodzi od swych rodziców. I styl życia dziecka, które wierzy swym rodzicom, które spodziewa się, że mama i tata wszystko mogą i wszystko mu dadzą, które kocha czyli daje siebie rodzicom - jest wielkim przypomnieniem chrześcijańskiej moralności. Taka moralność, z jednej strony dojrzałego człowieka, roztropnego, sprawiedliwego, mężnego i opanowanego a z drugiej małego dziecka jest nastawiona w całym życiu na Boga, ku któremu nieustannie dążymy we mgle wiary czując jego obecność i jego spojrzenie, od którego spodziewamy się, że nas doprowadzi do siebie; Boga, którego kochamy w każdym rzeczywiście dobrym uczynku. Moralność przekazana nam przez chrześcijańską etykę jest dziedzictwem naszego narodu. Nasi przodkowie, którzy już doszli do swego celu i przeznaczenia dają nam nieustannie przykład, w osobach naszych świętych i bohaterów narodowych, że to jest droga słuszna, chociaż wymaga poświęcenia i mądrości, która wszystko porządkuje dla dobra i szczęścia człowieka, przeznaczonego na życie wieczne. To przeznaczenie na wieczność jawi się ciągle w ludzkim transcendowaniu (przekraczaniu) przyrody i siebie samego. Człowiek musi zrozumieć, że nie ma ucieczki od przeznaczenia ku wieczności.

O konieczności integralnego wychowania

Kształcenie i wychowywanie do bycia człowiekiem rozpoczęte w rodzinie kontynuuje szkoła zarówno ta podstawowa, jak i średnia, czy wreszcie szkoła wyższa o różnych kierunkach. Szkoła dysponuje bowiem środkami, których posiadanie przekracza możliwości i kompetencje rodziny. Owa komplementarność szkół i innych społecznych organizacji w stosunku do rodziny jest czymś naturalnym, gdyż w społeczeństwie zorganizowanym jest ciąg kompetencji i środków umożliwiających realizowanie racjonalnego życia człowieka, który jest osobą społeczną, poddaną procesowi dojrzewania i doskonalenia się przez całe życie. Nie może więc szkoła niszczyć tego, co jako prawdę, dobro i piękno rodzina przekazuje dziecku. Stąd też zalążki życia kulturowego, a więc życia ludzkiego, domagają się troskliwej opieki ze strony szkoły i społecznych form życia. A życie ludzkie stanowiące i tworzące kulturę wyraża się zarówno w dziedzinie poznawczej niezorganizowanej, zdroworozsądkowej, jak i zorganizowanej w różne formy nauki, w dziedzinie ludzkiego działania, zwanego moralnym postępowaniem, w dziedzinie twórczości technicznej, naukowej i artystycznej i w dziedzinie religijnej, która dotyczy bezpośrednio człowieka jako ludzkiej osoby związanej w swym życiowym różnorakim działaniu z samą osobą Boga.

Tak rozumiana kultura, czyli racjonalne wychowanie człowieka, będące rozumną uprawą usprawniającą ludzkiego ducha dotyczy wszystkiego, co jest pochodne od człowieka jako właśnie rozumnej osoby, działającej świadomie i w sposób wolny, po to, by osiągnąć maksymalny rozwój swych ludzkich potencjalności, a przez to spełnić się jako człowiek przez ostateczny wybór Prawdy, Dobra, Piękna, które jest Bogiem, będącym ojcowskim partnerem każdej ludzkiej osoby.

W owym kulturowym rozwoju człowieka wszystko jest ważne: i poznanie, i ludzkie moralne postępowanie oraz siły twórcze. To musi być spięte życiem religijnym, które - jako jedyne - ukierunkowuje człowieka ku ostatecznemu celowi, ku Bogu. Tylko religia wskazuje ostateczne podstawy ludzkiej racjonalności gwarantowanej pochodnością rzeczywistości od Boga - Prawdy pierwszej, od Bożego twórczego poznania. Religia wskazuje źródło ludzkiego życia - istnienia i wszelkich życiodajnych pomocy. Bez zakorzenienia człowieka w najpierwszej glebie życia - religii - wszystkie inne formy kulturowe stają się puste, bo całkowicie przemijające wraz z zakończeniem ludzkiego życia. Jedynie religia i wychowanie czyli kultura religijna ma moc sięgnięcia poza kres ziemskiego przemijającego sposobu życia - ma moc wejścia w wieczną teraźniejszość Boga i w Nim wydania ostatecznego owocu życia, którym jest szczęście jako całkowite spełnienie się człowieczeństwa.

Życie religijne człowieka nadaje sens i ludzkiemu poznaniu, które uwewnętrznia i w ludzkim duchu uobecnia cały świat, i postępowaniu moralnemu, albowiem poprzez racjonalny wybór dobra i spełnianie dobra wiąże człowieka z celem ludzkiego życia, z Bogiem, który - jak objawia Pismo święte - jest zapłatą zbyt wielką za czynione w życiu dobro. Religia uczula człowieka na tworzenie piękna jako blasku prawdy w utęsknionym dobru. I dlatego religia, jako podstawowe ludzkie przeżycie staje się podstawą wszelkich ludzkich decyzji, gdyż nasze decyzje wiążą się z poznaniem i wolnością wyboru pociągającego nas dobra. A wszelkie przemijające dobra są ostatecznie zakotwiczone w dobru rzeczywistym, pierwszym dobru, które jest samo z siebie i samo przez siebie dobrem. A takim Dobrem jest właśnie Bóg jako osobowy partner ludzkiego życia religijnego.

I nie może szkoła, czy to ta podstawowa, czy ta średnia i wyższa negować religii w postaci zakazów życia religijnego, w postaci kłamstwa pod adresem religii, w postaci wychowywania w wadach, które - jak panseksualizm - są władne na jakiś czas zamroczyć poznanie człowieka. Rozwój życia religijnego, jak o tym przekonuje teoria a potwierdza praktyka życia wielkich naukowców, myślicieli i twórców nie przekreśla, lecz przeciwnie wzmacnia, tak poznanie, jak i życie moralne szlachetne oraz samą twórczość.

Życie religijne jednakże wymaga teoretycznego rozwoju i społecznej praktyki. Nie może być zapędzone do ciasnej sieni prywatności, odgrodzonej od pozostałych form kultury. Ono od wieków stanowiło natchnienie życia, pracy, bojów i trudów naszych ojców i dziadów w bogatej historii narodu polskiego.

Szkoła winna uświadamiać Polakom taki właśnie, charakterystyczny, dla naszego narodu sposób życia. Próbował to uczynić wielki nasz narodowy myśliciel Feliks Koneczny w ciągle mało znanym a doniosłym dziele Święci w dziejach narodu polskiego, w którym przedstawił historię Polski od strony przeżyć duchowych tych, którzy w różnych epokach tak skutecznie nadawali smak temu, co jest chlebem polskiej kultury. Dziś, gdy szkoły przechodzą pod władzę samorządzących się rodzin, nie można zapomnieć o roli religii i o kształceniu w tej dziedzinie ze strony naszych polskich placówek oświatowych.

Prawo wychowuje czy instrumentalizuje?

Jak pokierować ludzkim działaniem w sposób stały i zorganizowany - oto troska nie tylko pedagogów (wśród których zdarzają się dziś właśnie anty-pedagogiczne nastawienia), ale także polityków z różnych stronnictw, i partii, i również duszpasterzy. Wiadomo bowiem, że człowiek, będąc wolnym, korzysta ze swej wolności nie zawsze zgodnie z interesami państwa, różnych politycznych kierunków, czy nawet z nauczaniem Kościoła. Jednym chodzi o to, by człowiek dał się pokierować i dostosował swe postępowanie do zasad i nakazów, które jakaś władza proponuje, czy narzuca społeczeństwu; drugim chodzi o to, by ludzką wolność wyrazić w działaniu. A zatem czy pozwolić człowiekowi, by on sam w swym rozeznaniu i swym sumieniu zadecydował jak ma postępować, jakie dobro ma wybierać, czy też pod pozorem pomocy wskazywać konkretnie, że ma czynić tak a nie inaczej, albowiem inne postępowanie jest z jakichś racji nie do przyjęcia.

Pojawił się więc dylemat, czy ludzkie postępowanie moralne ma być poddane wolnemu wyborowi dobra, oczywiście dobra rzeczywistego a nie pozornego, czy też określonym dyrektywom etycznym. A tymczasem istnieją różne etyki, czyli teorie moralnego postępowania. Niemal każdy system filozoficzny posiada swoją etykę; różne partie, a także stronnictwa posiadają swe ideologiczne normy postępowania dla członka partii, czy swego stronnika. Państwa zorganizowane przez te partie też proponują swoje reguły postępowania. Szczególnie niebezpieczne są państwa oparte na ideologiach socjalistycznych i liberalistycznych, gdyż nie tylko proponują teorie moralnego postępowania człowieka, ale konkretnie i praktycznie formułują odpowiednie prawa, które mają kierować niemal nieomylnie ludzkim postępowaniem i to pod groźbą odpowiednich prawnych sankcji. Byliśmy i jesteśmy świadkami, jak parlamenty różnych krajów (czy Parlament Europy) formułują prawa, nawet wbrew ludzkiej naturze, aby nakłonić do zgodnego z tym prawem postępowania. I obleka się taką ideologię we wzniosłe słowne szaty, że jest to przecież "państwo prawa", a więc niemal państwo idealne. A przecież państwo sankcjonuje nieraz moralne zło, bo proponuje zabijanie człowieka jeszcze nienarodzonego, zabijanie człowieka starego, już nie produktywnego, co nazywa się "dobrą śmiercią" - eutanazją; bo proponuje możliwość rozbicia rodziny przez tzw. prawne związki homoseksualne mężczyzn czy kobiet. I takie etyki prawne i państwo prawa miałyby uchodzić za coś doskonałego, do czego mamy dążyć w Europie zjednoczonej prawem europejskim. Otóż takie propozycje etyczno-prawne są, jak mawiał Nietzsche już "poza dobrem i złem", dotyczą przyszłego "nadczłowieka" wyzutego z normalnej ludzkiej moralności. Albowiem przed wszystkimi etykami, przed wszystkimi teoriami państwa i prawa istnieje żywy człowiek, który w swoim postępowaniu spontanicznym kieruje się w swych decyzjach dobrem, które jest zdolny poznać.

Słyszy się często, że i Kościół też posiada swoją etykę. Tak, posiada, ale etyka ta suponuje ludzką moralność, czyli ludzkie czyny wolne i rozumne ku realnemu dobru. A przecież każdy człowiek jest zdolny rozeznać rzeczywiste dobro. I nikt nie może uwolnić człowieka od wysiłku rozeznania czy dobro, które wybieramy jest dobrem rzeczywistym czy też pozornym. Za swój wybór odpowiada sam człowiek, a nie organizacja kościelna, czy jakiś etyk. Oczywiście, człowieka trzeba wychować, bo osoba ludzka powoli się doskonali w społeczeństwie, w rodzinie, szkole, narodzie, państwie i Kościele. Kościół dla dobra człowieka pomaga także w wychowaniu licząc się z rozumną, osobową naturą człowieka, przyporządkowaną wolnemu wyborowi dobra. A naczelne przykazanie, które Chrystus Pan uznał za pierwsze i największe, to miłość Boga i bliźniego, czyli przypomnienie, że mamy wybierać dobro. Miłość to nic innego jak spełnienie dobra wobec Boga i bliźniego. Kościół więc wychowując ku miłości liczy się z osobową naturą człowieka, liczy się z Bożym Objawieniem danym dla ludzkiego dobra. Etyka chrześcijańska ukazuje i uzasadnia jedynie rzeczywiste dobro, które człowiek winien czynić w swych aktach moralno-decyzyjnych. A więc nie niszczy i nie zastępuje ludzkiego rozumu, jak to czynią zideologizowane etyki i reguły prawne w różnych tzw. "państwach prawa", wśród których był też hitleryzm i sowietyzm nakazujące na mocy prawa zabijać ludzi niewinnych.

Trzeba więc uszanować człowieka, jego rozum, jego wolność i zostawić ostatecznie człowiekowi wybór dobra, a uczyć jedynie, by to było dobro rzeczywiste, a nie tylko pozorne, tylko przyjemne czy użyteczne. Przyjemność i użyteczność trzeba zaafirmować, jeśli są one w służbie dobra rzeczywistego. Ale sama przyjemność dla przyjemności i sama użyteczność bez dobra prawdziwego jest nie do przyjęcia jako reguła postępowania. Człowiek jest zdolny rozeznać dobro i w dobru się ćwiczyć, czyli jest zdolny żyć moralnie, a wszelkie etyki nie liczące się z prawdziwie ludzkim dobrem, są złe i wprowadzają zło, chociażby te reguły były nazywane prawem, bo prawo, które nie jest dla prawdziwego dobra człowieka, jest po prostu bezprawiem.

Człowiek jako osoba - o doniosłości odkrycia faktu bycia osobą

Nasze współżycie z drugimi ludźmi, nasz stosunek do Boga podlega ciągłemu wychowywaniu i samowychowywaniu. Jest to nieustanny, trwający całe życie proces doskonalenia siebie jako człowieka, członka ludzkiej społeczności, pielgrzymującej do życia wiecznego. Każdy bowiem z nas podlega rozwojowi. Od pierwotnego życia w łonie matki, gdy organizowaliśmy sobie ciało, by móc żyć, poprzez uczenie się ludzkiej mowy jako niemowlę i dziecko, poprzez uczenie się ludzkich ruchów, poprzez szkoły różnych stopni nieustannie uczymy się być człowiekiem. Dlaczego? Czy nie można poddać się tylko biernie działaniom naszej natury? Owszem, były takie teorie i one w dużej mierze zapanowały nad współczesnym nie-wychowaniem, zostawiając człowieka samemu sobie, gdyż wychowanie jest łamaniem praw ludzkich. Myślano bowiem, że człowiek jest od samego urodzenia doskonałą jednostką - monadą, która ma zakodowany rozwój i nie trzeba przeszkadzać temu rozwojowi. Tak rozumiany człowiek nie musi podlegać oddziaływaniu z zewnątrz, gdyż sam "od wewnątrz" rozwija się, wedle wewnętrznego zakodowanego w jego naturze programu. Taki człowiek ma w sobie wszelkie prawa, których niekiedy może się zrzec na rzecz społeczności. Ale jest on sam w sobie doskonały i sam się spełnia bez zewnętrznej ingerencji. Człowiek jest szczytową formacją ziemskiego życia, bo jest osobą, ale taką osobą, którą trzeba wychować, która musi się doskonalić i spełniać przy pomocy drugiego człowieka, przy pomocy społeczności rodzinnej, narodowej, religijnej. Bez pomocy drugiego człowieka, bez pomocy społeczności rodzinnej, narodowej nie przeżyje i nie stanie się osobą odpowiedzialną za swe czyny. Do natury bowiem człowieka należy to, że jest osobą społeczną, czyli taką, która może dojść do rozwoju przez wychowanie i samowychowanie tylko przy pomocy osób drugich, rodziny i rodzin poszerzonych.

Mówimy, że fakt bycia osobą stanowi o godności człowieka. Ale co to znaczy "być osobą"? Stwierdza się, że człowiek powinien być zawsze celem wszelkich działań, a nie środkiem używanym do innych celów. Czymże jest zatem osobowa strona naszego człowieczeństwa?

Starożytność pogańska nie znała pojęcia "osoby", to chrześcijaństwo odsłoniło wagę i doniosłość osoby przez wskazanie, że Chrystus Pan jest w swym życiu ludzkim nadal osobą boską, bo istnieje jako człowiek w Boskiej Osobie Syna Bożego, bo najgłębsze "ja" Chrystusa Pana jest "ja" samego Boga.

Każdy z nas, gdy przeżywa siebie, jest zdolny o sobie powiedzieć "ja". Odkrywamy, że właściwie być człowiekiem, to być "ja" - rozumnym podmiotem wyłaniającym z siebie - z "ja" - różnorodne działania, różnorodne akty jako akty "moje", jako działania wyłonione z "ja", którego doświadczamy, że żyje i działa. Doświadczamy siebie nieustannie jako "ja" na różny sposób działające, bo wyłaniam ze siebie działanie wegetatywne, takie jak odżywianie się, jak oddychanie, wyłaniam akty zmysłowe, takie jak widzenie, słyszenie, czucie, i wyłaniam z siebie akty duchowe, takie jak poznanie rozumowe, myślenie, kochanie. Całe nasze życie jest nieustannym wyzwalaniem z siebie działania w różnych życiowych porządkach. Jestem świadomy tego, że to "ja" oddycham, że to "ja" widzę, słyszę, myślę, kocham. "Ja" jestem obecny w tych wszystkich aktach "moich" duchowych, w moim myśleniu, w moich decyzjach, bo przecież wiem, że to "ja" działam, a nie kto inny we mnie. Zarazem dostrzegam, doświadczam tego, że moje akty duchowe nie są konieczne, "ja" je wyłaniam, bo tego chcę. A więc doświadczamy świadomości i dobrowolności naszych czynów, którymi można pokierować, mogę się wychowywać, bo mogę je poddać rozumowi i życie uczynić rozumnym. I właśnie to, że "ja" działam świadomie i dobrowolnie, to, że jestem obecny w moim działaniu, to, że panuję nad moim działaniem - to wszystko jest ujawnianiem mojej osoby. Jestem osobą, bo sam mogę rozumnie, a więc świadomie i dobrowolnie działać i przez to mogę się samowychowywać. Jestem osobą, bo za moje czyny jestem odpowiedzialny, jestem osobą, bo poprzez moje czyny świadomie i dobrowolne sam o sobie stanowię, decyduję o tym kim jestem, dobieram sobie moje osobiste, nigdy niepowtarzalne oblicze, które trwać będzie na wieki; jestem osobą bo realizuję Bożą myśl o mnie. Bóg od wieków myślał o każdym z nas i oczekuje, że spełnimy, ziścimy Boże myślenie o nas jako o tych, którzy świadomie i w wolności odpowiedzą na Boże plany, Boże idee, poprzez które nas stworzył, abyśmy Go wybrali.

Każdy z ludzi jako osoba, jako rozumny i wolny podmiot ma w sobie godność (przybranego w Chrystusie) dziecka Bożego, Bożej myśli i Bożej miłości. Wszystko to jednak musi się spełniać w nas i przez nas. A to spełnianie się zamysłu Boga i naszego wolnego i rozumnego wyboru w aktach decyzyjnych - jest właśnie naszym samowychowaniem się; jest aktualizacją osobowych potencjalności - to jest nasze osobowe zadanie i powołanie. W tym mamy pomoc samego Boga. Wychowanie i samowychowanie przez całe życie jest aktualizowaniem Bożej myśli przez człowieka, który tworzy społeczność rodzinną, narodową, kościelną.

Czy w życiu chodzi o osiągnięcie sukcesu?

Nasze ludzkie życie przejawia się w codziennym, nieustannym działaniu. Dzięki tej aktywności człowiek czyni sobie ziemię poddaną, a z drugiej strony staje się dobry lub zły. Rodzi się zatem pytanie i dylemat: co i jak mamy czynić w naszym życiu, oraz jak poprzez działanie i pracę usensownić nasze życie.

Współcześnie w prasie i środkach masowego przekazu propaguje się wartość sukcesu. Są nawet specjalne szkoleniowe kursy, aby nauczyć ludzi, zwłaszcza młodzież, jak osiągnąć sukces. Człowiek sukcesu zostaje wykreowany na jakiś współczesny ideał ludzkiego życia. Człowiek sukcesu może "więcej", może "lepiej", gdyż dzięki sukcesowi posiada więcej środków i możliwości do zrealizowania swych zamiarów, do urządzenia sobie życia. Wobec tego "więcej mieć" znamionuje sukces człowieka. A jednak to "więcej mieć" i sukces w jego realizowaniu może się stać dla człowieka powodem nawet jego życiowej tragedii, jeśli do sukcesu zmierza bezwzględnie, z pominięciem głęboko rozumianej uczciwości liczącej się z ludzkim dobrem.

W obecnej więc atmosferze realizowania sukcesu słyszymy przestrzegający głos Papieża, że raczej należy się starać o to, by "więcej być", więcej się stanowić dobrym niż majętnym, słowem "więcej być - niż więcej mieć". Sprawa jest prosta. Jeśli bowiem człowiek trwa w swej osobowej strukturze na zawsze, jeśli przyszłością człowieka jest wieczność życia w Bogu a nie tylko kilkadziesiąt lat zmagania się z czasem a potem bezpowrotny koniec życia, to człowiek przechodząc w momencie swej biologicznej śmierci do wieczności, zabiera niejako ze sobą to wszystko, czym się sam stał w swoim życiu. Wszystko inne zostawia poza sobą to, co nabył i co posiadał, i co przyczyniło się do sukcesu jego działania.

We wszystkich bowiem typach działania, związanych z uzyskaniem sukcesu człowiek skierowuje się poza siebie; zwraca się ku rzeczy, którą usiłuje zawładnąć, aby mu służyła. W tej pracy zagarnięcia i zawłaszczania wokół siebie maksymalnych środków, które mają mu służyć, sam człowiek w dużej mierze wyczerpuje się i wiąże swe życiowe zainteresowania z tym wszystkim, co poza sobą dla siebie zdobywa. Wiąże się i ulega przez to wielu rzeczom, a przez to tworzy wokół siebie pajęczynę interesów ze światem rzeczy. Jest jakby podobny do pająka, który wyłania z siebie nici pajęcze i wiąże je w misterną sieć pajęczyny, aby stworzyć wokół siebie i dla siebie łowisko życiowych interesów. Pająk robi to, aby żyć ze zdobyczy uwikłanej w jego pajęczynę, a człowiek?

Natomiast człowiek nie wyczerpuje się w swej pracy przekształcającej rzeczy. Człowiek poprzez swą pracę sam się spełnia jako człowiek, to znaczy może się stać bogatszy w poznaniu i mądrzejszy; może się stać szlachetniejszy w swym ludzkim racjonalnym działaniu, gdy realizuje prawdziwe dobro, może się stać doskonalszy w swej różnorakiej pracy twórczej. I przez to właśnie lepiej się spełnia jako człowiek. Rozwija i buduje w sobie swe człowieczeństwo, a przez to realizuje odwieczną myśl Bożą, która go stworzyła wedle niepowtarzalnej boskiej idei. Człowiek tę ideę w swym życiu realizuje przez to, że staje się przez swoją pracę bardziej ludzkim, bo bardziej po ludzku mądrym, bardziej dobrym, bardziej twórczym. Buduje bowiem sam siebie poprzez swe działanie, a nie tylko wyczerpuje się w pracy dla samej zmiany układu rzeczy. Stąd prymat "być" nad "mieć". Jest to wielka sprawa, że każdy człowiek dokonuje wyboru: wykonując tę samą pracę możemy być nastawieni na to, aby więcej "mieć" niż bardziej "być" i odwrotnie: realizując tę samą pracę możemy przez nią stawać się i wewnętrznie stanowić się lepszymi, realizując nasze ludzkie "być", które jest nieśmiertelne. A staje się to, gdy nasze działanie i nasze prace skierowujemy ku osobowemu dobru bliźniego, przede wszystkim członkowi własnej rodziny, czy własnego narodu. Dobro bliźniego jest treścią przykazania miłości bliźniego - jako stworzonej przez Boga osoby. I miłość bliźniego jest sprawdzianem naszej religijności, naszej żywej wiary, bo nie można bliźniego realnie miłować nie miłując samego Boga, który jest źródłem i celem człowieka, mającego w Bogu żyć wiecznie.

Kultura czy antykultura

Narody żyją kulturą i w kulturze. Widoczne są też płynące z deformacji samej kultury na skutek oderwania życia kulturowego od otaczającej nas rzeczywistości zagrożenia. Trzeba mówić o zagrożeniach, albowiem to one są powodowane poprzez różne tworzone i odziedziczone instytucje państwowo-społeczne. Samo zaś życie kulturowe jest dziełem poszczególnych osób, które się włączają poprzez swą pracę w nurt życia narodu i państwa.

Życie kultury ogarnia szerokie dziedziny: poznania i informacji poznawczej w szkołach, uniwersytetach, bibliotekach, środkach masowego przekazu. Ludzkie poznanie i jego rozmaite formy stanowiły i stanowią podstawę kultury człowieka. Poznanie zaś ma wpływ na drugą wielką dziedzinę ludzkiego działania czyli postępowania moralnego, zarówno indywidualnego jak społecznego w polityce, gospodarce, zarządzaniu. Te wszelkie typy działania utrwalają się w obyczajowości narodowej, która chroni człowieka od przypadkowości działania. Odrębną dziedziną ludzkiego działania jest twórczość w sztuce i pracach techniczno-naukowych, przekształcających oblicze tej ziemi, a przez to także i oblicze samego człowieka.

Owe trzy dziedziny w historii ludzkiej kultury miały się kierować prawdą w porządku poznania, dobrem w porządku działania i pięknem w porządku twórczości artystyczno-technicznej, co miało zapewnić harmonijny rozwój człowieka, zmierzający nie ku jakimś abstrakcjom, ale ku osobowej Prawdzie, osobowemu Dobru i osobowemu Pięknu, jakim jest sam Bóg, który powołuje człowieka przez wlane w ludzką naturę pragnienie szczęścia; powołuje do osobowego wyboru Boga w aktach religii, która stanowi najgłębszy nurt kultury. Religia bowiem spina w jedno wszystkie ludzkie źródła racjonalnego działania kulturowego i stanowi dla osoby człowieka ostateczną podstawę wszelkich ludzkich decyzji życiowych zmierzających zawsze w kierunku osiągania dobra, które upełnia naszą naturę, jeśli jest to wybór dobra rzeczywistego a nie tylko pozornego.

W tych czterech wielkich dziedzinach spełnia się życie człowieka, który po ludzku, rozumnie i w sposób wolny przygotowuje się na ostateczne spotkanie z osobowym Bogiem - Prawdą, Dobrem, Pięknem, by w ten sposób spełnić ostatecznie w życiu nieskończonym wrodzone człowiekowi (a dane od Boga) pragnienie nieskończoności życia.

Taka jednak koleba kulturowego życia człowieka bywa porażana i nieraz, wbrew człowiekowi, modelowana we wszystkich dziedzinach kultury. Osłabianie kulturotwórczej roli naukowego poznania rozpoczęło się u nas w Europie już z końcem średniowiecza w nominalistycznych nurtach filozoficznych, gdy celem poznania naukowego stał się sam pożytek, jaki niesie poznanie, a nie prawda poznania. To, zdawałoby się drobne odchylenie (bo przecież pożytek także może być prawdziwy), skierowało dziedzinę nauki na tory instrumentalizowania ludzkiego poznania do doraźnych celów do tego stopnia, że sam człowiek stał się w naukach przedmiotem instrumentalizacji, która prowadzi ku temu, by wiedzieć jak użyć - to know how - człowieka do potrzebnych komuś zamierzeń. Zagubiono cel samej nauki - zdobywanie prawdy o rzeczywistości i doprowadzono do tego, że instrumentalizowanie człowieka poprzez systemy naukowe, poznawcze przeszło na teren gospodarki, polityki.

W dziedzinie moralności i całokształtu ludzkiego działania kierującego się rozumnym wyborem w miejsce rzeczywistego dobra jako motywu działania postawiono aprioryczne ideologie etyczno-normatywne. Od czasów renesansu zadbano także, dzięki genialnym pomyłkom filozoficznym, by uczulić człowieka nie na dobro rzeczywiste, ale na nakazy i normy postępowania potrzebne systemom władzy politycznej, gospodarczej i różnych religijnych odłamów reformacyjnych. Etyka stała się instrukcją, jak masz postępować i co masz wybierać, a to miało zastąpić normalne, wrodzone każdemu człowiekowi, rozeznanie rozumu o dobru i złu. Już kiedyś Arystoteles w swej Polityce stwierdził, że tym różni się człowiek od bydlęcia, iż zdolny jest rozeznać prawdziwe dobro od zła, przybierającego postać pozornego dobra. Namnożyły się etyki aprioryczne, zideologizowane, partyjne, sekciarskie mające na celu znowu posłużenie się (instrumentalizację) człowiekiem do swych zamierzeń. Z dziedziny sztuki i nauk technicznych wyrzucono piękno a wprowadzono tzw. "wartości", które należy realizować, a przecież nikt nie wie, co to jest wartość, bo jej rozumienie zależy całkowicie od subiektywistycznych systemów filozoficznych Kanta, Husserla, Hartmanna, Schelera i nawet Nietzschego, który "przewartościował" wszystkie wartości. Zaplątano człowieka i jego myśl w gąszczu subiektywnych pojęć.

W religii osłabienie ujawniło się w samej teorii religii, która na miejscu Boga postawiła tzw. sacrum - ludzkie przeżycie religijne. I takie sacrum, czyli ludzkie przeżycie dotyczące wzniosłości pociągającej i odpychającej zarazem, świetnie nadaje się do propagowania różnych sekt tak groźnych dla człowieka, które mogą zawładnąć psychicznymi przeżyciami i przekreślić, lub przynajmniej osłabić, człowieczeństwo osoby. A przecież Bóg jako przedmiot religijnych naszych aktów jest bytem będącym Drogą, Prawdą, Życiem.

Osłabienie człowieka dokonuje się zatem przez deformacje kulturowe, a instytuty kultury są w ręku państwa. Patrzmy więc decydentom kultury na ręce, na co są wydawane pieniądze podatnika. A "po owocach ich poznacie je".



« powrót

Copyright © 2016 ptta.pl :: Wykonanie: Tomasz Żmuda